Ciąża | Karmienie piersią | Macierzyństwo | Pielęgnacja

Ona go nie kocha! Pogódź się z tym.

10 października 2017

Zupełnie naturalne jest to, że nowonarodzone dziecko przystawione do piersi, zaczyna ssać. Pierwszy moment, w którym dziecko przystawia się do piersi to złapanie brodawki. Jest to kluczowy etap karmienia piersią, który trwa raptem ułamki sekund. Potem słyszysz tylko przełykanie mleka.

Każde dziecko rodzi się z instynktem ssania piersi, a każda matka, zanim jej dziecko przyjdzie na świat, zaczyna produkować mleko.

Tak samo było w naszym przypadku. Wszystko było tak naturalne, że aż zaskakujące. Wiecie co, nigdy nie przypuszczałam, że karmienie piersią jest takie łatwe. Ja zwyczajnie leżałam, a moje „noworodzio” samo potrafiło się najeść. Bez zbędnych słów, bez pokazywania, bez otwierania oczu. Tak było. Pomyślcie sobie, jak niesamowitą moc ma nasze ciało. Nasze matczyne ciało. Które czując dziecko, potrafi je nakarmić.

Nieprzerwanie

Niektóre nowonarodzone dzieci potrafią tulić się do piersi całe dnie. Nie chodzi tylko o zaspokojenie pragnienia czy głodu. Chodzi również o tą niesamowitą, nierozerwalną więź, łączącą je z matką. Ja jednak nie mogłam sobie tego wyobrazić. Przecież jak to? Dzieci w filmach leżą same w łóżeczkach. Leżą, śmieją się do siebie. Same zasypiają. No może nie całkiem same. Mają coś, co im pomaga. Mają cudowny samousypiacz, dzięki któremu są mniej absorbujące. Mają swój osobisty uspokajacz. Mają smoczek.

Wyprawkowy szał

Kiedy bardzo skrupulatnie przygotowywałam wyprawkę, nie zabrakło w niej również smoczka. Nawet kilku. Żeby tylko któryś odpowiadał mojemu skarbowi. Przecież dla niego wszystko, co najlepsze. No właśnie, wtedy jeszcze nie wiedziałam jak duży błąd popełniam. Jak niepotrzebnie kupuję te wynalazki. Miałam je już w torbie, do szpitala. Kolorowe, różowe, gumowe, silikonowe. Były i czekały, spakowane do szpitala.

Nie oszukam przeznaczenia

I przyszedł ten czas. Wyjęłam pięknego, różowego, uprzednio starannie wyparzonego przyjaciela. W tle mój noworodzio, leżący jeszcze na szpitalnej sali. Zmierzam ku niemu z gumową przyjemnością. Wciskam w małe niesfornie wykrzywione usteczka. I co? I wypluło. Jak to wypluło smoczka? No normalnie wypluło. To był szok. Robiłam jeszcze kilkukrotne podejście, ale ewidentnie się przeliczyłam. Ono chciało piersi. Prawdziwej matczynej piersi, pachnącej mlekiem. Pachnącej tymi wszystkimi cudownymi hormonami miłości. A nie jakiegoś tam sztucznego przyjaciela. Pseudo-uspokajacza.

Ona go nie kocha

Jedna z położnych na oddziale podpatrywała jak usilnie próbuję wcisnąć mojej pierworodnej gumiaka do buzi. Podeszła do mnie i z lekkim uśmiechem na twarzy wybełkotała:

Ona go nie kocha! Pogódź się z tym.

 

Ale jak to nie kocha. Przecież wszystkie dzieci używają smoczków. Wtedy nie mieściło mi się to w głowie. Przecież jak ja ją będę uspokajać. Przecież to jest nienormalne. Jak gdzieś wyjść z dzieckiem bez smoczka? A jak zacznie płakać. Tak myślałam wtedy. Kilka razy w sytuacjach kryzysowych próbowałam jeszcze nauczyć moje dziecko ssać smoczka. No właśnie próbowałam. Bo każda próba kończyła się fiaskiem. Sama doszłam do wniosku, że moje dziecko go zwyczajnie nie kocha. Ono chce mnie. Swojej matki. Ono chce prawdziwą pierś. A nie sztuczną. Bo taki smoczek to poniekąd zastępca piersi. Nie mylmy więc pojęć. Ja kiedyś myliłam. To nie pierś zastępuje smoczek. A smoczek może zastąpić pierś. I tego się trzymam. Do tej pory.